Nie rozumiem siebie.
Niby dzisiaj otrzymałem trzy świetne info dotyczące ocen (geografia 5, chemia 3, etyka 5). Niby napisałem dość dobrze sprawdzian, na który w ogóle się nie uczyłem (polski). Niby wypełniłem wszystkie poniedziałkowe obowiązkowi, bo i na etyce byłem, i na korkach (
grande répétition przed sprawdzianem, ciekawe czy Adrianek się przygotuje na przyszły tydzień...).
A jakoś wcale nie chce mi się tańczyć i śpiewać. Takie
No, O.K., fajnie, że się udało. Ale bez egzaltacji, proszę pana, daj se pan spokój. Może ja się już nie umiem tak naprawdę cieszyć?
No i strasznie chce mi się spać. Ale tak inaczej niż zawsze. Nie tylko ze zmęczenia. Chcę... przestać słyszeć swoje myśli. Z jednej strony
Nie chcę ciebie znać a z drugiej
Jestem, kurwa, sobą! Dwie idee niemożliwe do pogodzenia, bezdomność na horyzoncie i
Fear is a part of the Dark Side,
fear is an angry,
angry is a hate,
hate is a suffering
--- Yoda
jestem na etapie
angry na siebie, na świat, na X...
Hmmmmmm, czuję, że zamykam się w kole jakiś nieracjonalnych myśli, dążąc
ad infinitum ad absurdam, a jedyne wyjście jest zbyt proste, by z niego skorzystać.
A poza tym w domu wszyscy zdrowi.