A comment
To, co piszesz, jest piękne i straszne. Ze szczytów wież tryskają snopy światła. Zaczynasz jak wariatka śpiewająca za hartowaną szybą. Co do wyboru, to masz go zawsze, głupia. Ale trzeba sobie też stwarzać możliwości. Wybór może istnieć tylko w przestrzeni. Im więcej wymiarów ma przestrzeń, tym więcej masz wyborów. Tylko nie rysuj zbyt wielu osi, bo się w zaplączesz w rzeczywistość. Tych punktów będzie zbyt dużo, drogi będą się mnożyć jak robactwo, a dla kobiety dwa to już problem na cały dzień, a niech będzie trzy, cztery, tysiąc, milion, gugol... Nawet tego nie pomyślisz.
Życie jako życie niczego nie wymaga. Paplesz, bo a) chcesz b) ludzie chcą. Więc to wszystko wina ludzi. Może chcą zbyt wiele? Może trzeba powiedzieć: nie! Więc to wszystko Twoja wina. A może to sobie samej musisz postawić granicę: ot, dziś pływam tylko w kubku herbaty, nie wychodzę na basen!
Cóż to znaczy zakazane? Że nie wolno? A kogo to obchodzi. Nie każde prawo (lex, jeśli dobrze rozumiem to pojęcie) jest dobrym prawem. Jeśli prawo jest przeciw człowiekowi, to nie można go akceptować. Uczyliśmy się przecież historii. Jeśli chcesz, przeklinaj, krzycz, pluj, warcz --- rób te rzeczy nawet wbrew sobie. Ograniczenia są tylko takie, jakie sama sobie nakładasz. Tak, wiem, oczywiście masz rację: społeczeństwo wymierza kary, jeśli jesteś inna. Ale ta inność uderza na każdym kroku, ze wszystkich stron. Budujemy więc sobie nonsens, rzeczywistość idealną pozornie dla wszystkich, „niech wejdą tu wszyscy!”, ale tak naprawdę to nikt tu nie pasuje. Pasują ci, którzy udają najlepiej.
Czy Freud kłamał? Na pewno nie wiedział wszystkiego. Ale miał rację w wielu sprawach. Ograniczenie człowieka do jego seksualności jest krzywdzące dla h o m i n e s. Ale ilu takich znasz? Ja widzę wszędzie l u p i, przecież homo homini lupus est, nie daj Boże, homo homini homo est, bo to już totalna katastrofa. No więc te „stwory dwunogie, nieopierzone, kroczące” mają ośrodek myślenia między nogami. A przyjaźń między mężczyzną i kobietą to jest albo wtedy, gdy jedno z nich jest innej orientacji, albo któreś się zakochało w drugim, ale ten drugi odtrąca, ale nie chce być chamem, więc niby daje najlepsze, co może zaoferować w zamian: amicitia.
Tak, nie możesz być szczęśliwa, bo za dużo marudzisz. Wiem, przyjemnie jest pisać wiersze wyrażające smutek egzystencji, która nie pasuje do naszych oczekiwań. Jest w tym diabelski urok. Wiem, marudzisz po cichu, żeby inni nie słyszeli, milczysz bardzo dosadnie. Ale po cóż? Być dla innych służącą, owszem, idea pociągająca, dość chrześcijańska, buddyjska, słowem: nihilistyczna. Wyzbądź się swego e g o! I cóż Ci pozostanie? Ciało jakieś takie bezwolne, zgięte, oczy zamglone... A niech fiat lux et facta est lux, wiem --- zaboli, co zrobisz, gdy oni odejdą, zdepczą, wyśmieją, zostawią samą...? Ci ludzi są podli, przestraszeni, ignoranci...
Mówić mniej czy więcej? Mniej, ale lepiej. Trafnie. Może i dowcipnie.
I nie tęsknić za wiecznym szczęściem, to jest nieosiągalne. „Szczęście to garść pełna wody”. Ergo, większość Twojej, mojej, naszej egzystencji to nie-szczęście, ale też nie musi od razu być cierpieniem. Chociaż wiesz, podobno u osób w związkach poziom endorfin na długo pozostaje wysoki, może więc coś w tym jest... No, ale skąd mam wiedzieć.
