?

Log in

Danse macabre

Dwukrotnie w moim życiu nawiedził mnie bardzo głęboki strach przed śmiercią.

Razu pewnego wracałem do domu. Gdy znalazłem się pod naszym blokiem, spojrzałem w okna na najwyższym piętrze. Obok naszych wiszą te z mieszkania naszej sąsiadki, która zmarła niedawno.

A jeszcze dzisiaj śród natłoku różnych nieszczególnie szczęśliwych refleksji, pojawiła się właśnie ta najczarniejsza ze wszystkich.

To zawsze przebiega tak samo. Serce bije mi jak oszalałe, wszystkie nerwy krzyczą, ogarnia mnie panika. Chcę gdzieś uciekać, ale nie ma gdzie. Chcę krzyczeć, ale to bez sensu. Wszystko jest bez sensu! Uświadamiam sobie, że życie moje jest tylko lichą błyskawicą rozświetlającą nieprzenikniony ogrom naszej galaktyki przez jedną ledwo mikrosekundę. Że żaden czyn nie ma znaczenia w ostatecznym rozrachunku z wiecznością. Że pogrążę się w wieczną nicość.

Cóż mi pozostaje z tego życia? Oto leżę na łożu śmierci. Cóż mi wspominać? Kilka szczęśliwych chwil okupionych cierpieniem, chwil tak słabych i nikłych, że nie jestem w stanie nawet ich dokładnie przywołać, że nawet ich cienie są dokładnie takie same, nierozróżnialne... Najbardziej się boję, że nie było miłości, a że tylko miłością i sztuką można dotknąć absolutu, nie było i żadnego życia. Się budziło, się jadło, się piło, się spało, się umarło. Nicość uderza ze wszystkich stron, tonę w zimnym bezkresie nieskończonego kosmosu, który, utraciwszy swój etymologiczny porządek, stał się otchłanią, prawdziwą Gehenną, w której jesteśmy zamknięci.

I się boję, że w miłość przestałem wierzyć. Że już nie usłyszę, że ktoś się ode mnie uzależnił, że nikt mi nie powie po czesku, że mnie kocha, że nie wspomni nigdy więcej, że cieszy się samą moją egzystencją. Że to wszystko to był jakiś podły żart, z którego nawet przyjaźń nie została, a jedynie parzący lód obojętności. Że nigdy nie zaufam całkowicie i nigdy nie pokocham, miłość bowiem, idealistycznie pojmowana, nie istnieje. Jest tylko seks i hormony, a wszystko zanurzone w nieskończonej vanitas. A nawet jeśli mi ktoś będzie opowiadał te wszystkie słodkie rzeczy, to ja może nawet przytakiwać będę, ale nie uwierzę i wątpić będę zawsze.

Myślałem, że człowiek to taka istota, która się regeneruje, odnawia. Ale to nie jest prawda. To, co odrasta po odcięciu, zawsze jest słabsze od materiału pierwotnego. A że płonął we mnie ogień, a że zgasł, znalazłem, iż spalił moje wnętrze. Tedy widzę i czuję, i wiem, że nigdy już taki we mnie nie zapłonie, że tamten mnie zniszczył dość. Tak, powracam do rzeczywistości, powracam jednak ruchem ślimaczym, pilnie badając swoją ścieżkę. Choćbym był ciepły, jest we mnie die Glasscheibeyou can see, you can't touch...

Comments

(anonyme)

próbowałam wczoraj dodać dwa razy komentarz do tej notki, ale niestety przepadły one w otchłani internetu - może tym razem się uda.
otóż: cieszę się, że zaczynasz trzeźwo myśleć, aczkolwiek wziąłeś się za trochę kiepski temat xD Cioran twierdził, że wszyscy boimy się śmierci i agonii. a zwłaszcza agonii. i chyba miał rację. chociaż ja obecnie leję na wszystko. gdybym miała umierać dzisiaj, byłoby mi żal tylko tego, że nigdy nie byłam w Pradze.
mam nadzieję, że nie dojdziesz do podobnych wniosków, jak ja - i nie staniesz się kamieniem.
wiesz-kto.